Artykuł: Gwiazdy stare i młode (Krajobraz po bitwie czyli porajdowy felieton)Zwycięzcy są na mecie - taki morał można by wysnuć z tegorocznego Rajdu Polski. No może w czasach SupeRally nie jest to takie oczywiste, ale akurat w Mikołajkach się sprawdziło. Bowiem Kuzaj i Hołowczyc w wynikach końcowych się co prawda znaleźli, ale obaj korzystali z SupeRally i o dobrych wynikach w klasyfikacji łącznej rajdu nie było mowy.
A na mecie zabrakło Michała Kościuszki i Bryana Bouffiera. Ten pierwszy to nasz główny towar eksportowy i w mistrzostwach świata reprezentuje nas godnie, choć pechowo trochę. Ciekaw byłem jak wypadnie konfrontacja z krajową czołówką i moja ciekawość nie została zaspokojona. Szkoda. Szkoda też Bryana, bo „nasz” Francuz ładnie sobie poczynał pierwszego dnia rajdu i kto wie jak zakończyła by się rywalizacja gdyby nie awaria silnika.
Jakby tu podsumować start Hołowczyca? Że ponarzekał na auto, na zawieszenie, na wodę i zajął tylko ósme miejsce w generalce? Nie, to by było nie fair… Bo z Hołkiem to jest tak, że dla niego poprzeczka jest bardzo wysoko ustawiona. Sam ją tam sobie ustawił. Facet jeździ w rajdach od ćwierć wieku, a od przeszło 15 lat jest na topie. Trudno więc się dziwić, że oczekiwania są spore. Niektórzy uważają, że jeśli Hołek nie wygrywa, to znaczy, że już się kończy. Spokojna głowa. Jeszcze nie czas. Ja raczej jestem pełny podziwu. W końcu w rajdówce siada dwa razy do roku – a auto S2000 wymaga setek kilometrów testów, żeby wykorzystać jego potencjał. Trzeba mieć jaja, żeby co roku rzucać na szalę swoją reputację i z tak niewielkim przygotowaniem ruszać do walki z młodszymi. Oczywiście to jest tak, że sponsor każe, to Hołek jedzie, ale na tym między innymi polega profesjonalizm. No i na tym, że skoro jedzie, to jedzie na maksa. Odległa pozycja na mecie to wynik problemów z pierwszego dnia. Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że w klasyfikacji drugiego dnia olsztynianin był trzeci.
Ostatnio chwaliłem Leszka Kuzaja - chyba za wcześnie. Rajd Polski mu się nie układał i zakończył się spektakularnym dzwonem. Jakoś nie widzę ostatnio tego samego Leszka który kiedyś jeździł jak natchniony, deklasując rywali. Brakuje od pewnego czasu tego błysku. Owszem, początek sezonu był niezły. Może nie spektakularny, ale dwa razy na podium, w punktacji w kontakcie z liderem. Liczyłem, że na kolejnych rajdach w końcu pokaże najwyższą formę, a tu lipa. Niby kilka punktów z Mikołajek wywiózł, ale czołówka uciekła. A doświadczenie uczy, że pod taką presją, kiedy nie wszystko układa się tak należy, Kuzi zaczyna popełniać więcej błędów. Oj, ciężko mu będzie…
Trzy starty i trzy miejsca na podium – Michał Sołowow czuje się pewnie na każdej nawierzchni, a Fiesta ma jeszcze potencjał. Tomek Kuchar jakoś przetrwał szutrowe rajdy, bez większej starty punków i liczy na lepsze występy na asfaltach. Ale czy to wystarczy, żeby dogonić Sołowowa?
No i jest jeszcze Kajetanowicz. Bohater pierwszej części sezonu, który N-grupową Imprezą, która jeszcze nie tak dawno była uważana za niewypał, objechał auta S2000. Kajtek robi wrażenie i według mnie jest kierowcą kompletnym: jest nie tylko szybki na oesach, ale też potrafi zebrać budżet i znaleźć sobie miejsce w profesjonalnym zespole. To też jest ważne, bo utalentowanych kierowców mamy pewnie więcej, ale większość z nich siedzi w domach i narzeka co by to oni mogli zrobić, gdyby mieli sponsorów… Tymczasem Kajto jeździ i robi wrażenie. Zaimponował mi tym jak szybko się uczy i że nie popełnia dwa razy tych samych błędów. Kto wie, może będziemy mieli nowego mistrza Polski? To jednak zależy od tego jak Impreza poradzi sobie na asfaltach.
Na koniec trochę o rajdach. Przez ostatnie kilka lat widać było jak organizatorzy Rajdu Polski mocno starają się o mistrzostwa świata. Z roku na rok poprawiano zabezpieczenie, trasę i ogólnie poziom organizacji. Powiew wielkiego świata był coraz mocniejszy. W końcu udało się, WRC pojeździły po mazurskich szutrach i emocje opadły. Po udanym rozegraniu rundy mistrzostw świata, tegoroczny rajd zaliczany „tylko” do europejskich mistrzostw miał być łatwizną. I chyba niektórzy w to uwierzyli. Tu i ówdzie szwankowało zabezpieczenie, harmonogram się nieco „rozjechał”. Dramatu nie było, ale atmosfera rozprężenia była wyczuwalna.
Ledwo opadł kurz po Polskim a już przypomnieli o sobie organizatorzy Rzeszowskiego. W krótkiej zapowiedzi tego rajdu zwróciło moją uwagę jedno zdanie. O tym, że samorządy i zarządcy dróg współpracują z Automobilklubem Rzeszowskim i uszkodzone przez powódź drogi po których biegnie rajd, już niebawem zostaną naprawione. Zawsze mi się podobało to jak tamtejsi organizatorzy współdziałają z władzami lokalnymi. W czasie kiedy dyrektor Rajdu Nikon cieszył się, że po długich i trudnych rozmowach z wójtem uzyskał okraszoną licznymi warunkami zgodę na poprowadzenie oesu przez Świerki, w Rzeszowie włodarze Lubenii, Albigowej czy Godowej sami prosili organizatorów, by trasa biegła przez ich miejscowości. Szkoda, że nie wszędzie to tak wygląda.
W zeszłym roku, jesienią rajdowe media zachęcały kibiców i nie tylko do oddawania krwi i szpiku dla chorego na białaczkę Jarka Noworóla, dyrektora Rajdu Rzeszowskiego. Z przyjemnością przeczytałem, że Jarek czuje się na siłach pełnić tę funkcję także w tym roku. To nie jest łatwa fucha, więc ta wiadomość pozwala wierzyć, że Jarek jest w dobrej formie. Tak trzymać!
Komentarze
Zaloguj się
Info
Najnowsze wieścizobacz węcej
Losowa galeriawięcej galerii